Moje biuro. Czyli gdzie właściwie pracuję.

Kiedy ktoś pyta, jak wygląda moje miejsce pracy, spodziewam się, że wyobraża sobie coś konkretnego. Duże biurko. Porządny fotel. Monitor. Może kilka szkiców przypiętych do ściany. Coś, co wygląda jak pracownia.

Mam pracownię. Jest, istnieje, ma swoje metry kwadratowe. Ale gdybym miał powiedzieć, gdzie powstaje większość moich ilustracji – musiałbym wskazać kanapę.

Przez lata nie potrafiłem tego do końca zaakceptować. Kanapę kojarzę z odpoczynkiem, z serialami, z nieróbstwem. Pracownia kojarzy się z powagą, z rzemiosłem, z zasłużonym miejscem twórcy. Tymczasem to właśnie na kanapie, z iPadem na kolanie i Apple Pencilem w ręku, powstaje szkic, kompozycja, pierwsze warstwy koloru – właściwie wszystko, co w ilustracji najważniejsze. Do pracowni idę później. Na końcu. Żeby wykończyć zlecenie na komputerze z dużym monitorem, sprawdzić kolory, przygotować pliki.

Pracownia jest więc – żeby użyć filmowej metafory – salą montażową. Ważna, ale nie tam dzieje się historia.

Pomogło mi to przestać myśleć o miejscu pracy jako o czymś, co musi wyglądać. iPad nie potrzebuje biurka. Nie potrzebuje specjalnego oświetlenia ani ergonomicznego krzesła. Potrzebuje naładowanej baterii i chwili spokoju. To ostatnie jest oczywiście najtrudniejsze do zorganizowania – ale to już osobny temat.

Mam znajomych ilustratorów, których pracownie wyglądają jak magazyny – stosy szkicowników, pudełka z piórami, próbki papieru, stare wydruki. Rozumiem to. Jest w tym pewien rodzaj bogactwa, dowód na lata pracy. U mnie tego nie ma. Większość mojej historii zawodowej siedzi na dysku.

Nie wiem, czy to dobra rada dla kogoś, kto zaczyna – bo może jednak lepiej zbudować sobie prawdziwe miejsce do pracy, z rytuałem i przestrzenią. Ale jeśli odkryjecie, że najlepiej myślicie na kanapie albo przy kuchennym stole – to nie jest znak, że coś robicie źle. To jest po prostu wasze biuro.

Digital art poster

Plany

Pracownia ma jednak swoje plany. W pomieszczeniu, gdzie przez lata stał głównie sprzęt i wolne miejsce, chcę urządzić coś w rodzaju galerii – otwartej pracowni, do której będę zapraszał klientów. Nie wystawę w instytucjonalnym sensie – żadnych halogenów, białych ścian ani tabliczek z opisem. Raczej przestrzeń, w której prace wiszą tak, jak wiszą w domu. W ciepłym świetle lampy. Bez dystansu, który tworzy każda oficjalna ekspozycja.

To miejsce do rozmów o zleceniach, ale też do pokazania, jak ilustracja wygląda naprawdę – wydrukowana, oprawiona, na ścianie. Bo między plikiem na ekranie a plakatem w pomieszczeniu jest różnica, której nie da się opisać. Trzeba po prostu przyjść i zobaczyć.

Ok, skoro o tym napisałem, to czas najwyższy skończyć ten remont!

Komentarze: 0

Wprowadź komentarz

Pamiętaj, że komentarze muszą zostać zatwierdzone przed opublikowaniem.

Ilustracje i plakaty

Zobacz wszystko