Jak nie kupiłem nowego iPada Pro

Jak wiecie jestem wielkim fanem iPada Pro. Od 2017 tworzę na nim wszystkie rysunki. Owszem, nie zastępuje mi komputera, ale z powodzeniem wykonuję na nim 99% pracy ilustratorskiej. Jest to narzędzie lekkie, poręczne, szybkie i po prostu przyjemne w użytkowaniu. Przez dłuższy czas opierałem się pokusie wymiany na nowszy model, bo mniejsza ramka, wciąż szybsze procesory nie robiły na mnie wrażenia. Brakowało tego czegoś, co da mi realną korzyść w pracy. Aż przyszła era procesora M1 – autorskiego procesora Apple.

Pomyślałem, że to jest ten moment. Nie potrzebowałem szybciej tylko bardziej, więcej warstw w aplikacji do rysowania. W końcu Apple postanowiło dodać więcej pamięci RAM (w konfiguracjach 128-512 jest 8Gb, ponad to – aż 16Gb!), która pozwoli na odblokowanie drzemiącej w iPadzie Pro mocy, a developerzy z Serif (ci od Procreate) już zacierali rączki na myśl o nowych możliwościach swojej genialnej appki.

Kupiłem nowego iPada Pro z M1 i 512Gb pamięci – i zaczęło się marudzenie.

Zaczęło się dobrze

Do niezaprzeczalnych zalet zaliczyć należy jego niesamowitą moc. Wydaje się, że jest na wyrost, bo nie ma appki, która by go zmęczyła. Znając fantazję programistów zaraz wypuszczą jakąś kobyłę, której się to uda…
Najważniejsze, że nowe iPadyPro mają więcej RAM, co przekłada się na coś dla mnie bardzo ważnego: liczbę warstw w Procreate. Przykładowo: przy rysunku 4500x5400px poprzednio do dyspozycji było ich 18, teraz jest 30! Żeby zobrazować w czym rzecz przypomnę plakat, który rysowałem jakiś czas temu dla Centrum Designu w Gdynii. Wymagany był format 100x100cm, postanowiłem więc sprawdzić granice możliwości iPada Pro. Przy wymiarach rysunku 8000×8000 pikseli dostępne były… 4 warstwy. Oczywiście da się w ten sposób stworzyć rysunek, jest to obarczone jednak pewnymi wyrzeczeniami. Z drugiej strony… malarze holenderscy mieli do dyspozycji jedną warstwę i dawali sobie radę!

Ekran jest bardzo dobry, duża jasność i kontrast pozwalają na pracę na zewnątrz.
(patrz: zdjęcie, nazwijmy to pracą).

Potem już gorzej

Ekran zaliczam na +, ale ma dwie nieznośne wady. Po pierwsze, wokół ekranu jest delikatny cień, wynikający podobno z technologii Mini LED, który daje wrażenie 3d jak w monitorach CRT. Ekran wydaje się cofnięty względem ramki. Nie o taki postęp walczyliśmy! Druga sprawa to „falowanie” tekstu podczas przewijania stron, np. w przeglądarce. Podobne zjawisko występowało w pierwszych iPhonach, ale w 2020 roku to już skandal.

Cień wokół ekranu jak za starych dobrych czasów CRT. Kto pamięta?

Tu jeszcze dobre porównanie obu ekranów.
W starszym urządzeniu ekran wydaje się być stopiony z ramką i tworzy wizualnie (bo fizycznie na pewno) jedną płaszczyznę.
W nowym wygląda jak zapadnięty.

I teraz gwóźdź programu. Mimo, że najnowszy iPadPro jest tylko 10g cięższy od v2 (2017r.), to w połączeniu z płaskim brzegiem i dwukrotnie cięższym SmartFolio (taka okładka), którego używam nonstop, jest wyraźnie klocowaty. Mój stary iPadPro wygląda przy nim jak naleśnik. Jasne, to są kwestie estetyczne, o których można długo dyskutować, jednak suma tych przypadłości buduje obraz projektowego uwstecznienia.

Pytanie za 100pkt: który iPad Pro jest cieńszy?

Wiem, że do wszystkiego można się przyzwyczaić i pewnie za miesiąc nie będę na te cechy zwracać uwagi, ale tak jak po kupnie poprzednika byłem zauroczony i zachwycony każdym detalem, tu mam obiekcje i mam się do czego przyczepić. A ja się lubię czepiać 🙂 Tym bardziej, że mówimy tu o urządzeniu za 6,5, a w konfiguracji z pamięcią 1Tb, blisko 9 tysięcy.

Aktualnie jestem w punkcie sporu ze sobą i zastanawiam się czy ta zmiana ma sens. Zostało jeszcze kilka dni na bezproblemowy zwrot…


I minęło kilka miesięcy. iPada oddałem i nie żałuję, bo nie tęsknię za nim nic a nic. Mój wysłużony iPad Pro z 2017 roku nadal dzielnie sobie radzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

error: Content is protected!